jaworzynka

    Jeden uśmiech znaczy więcej niż wiele słów.

    Intuicja

    12

    kawa

    Nie wszystko złoto, co się świeci – mawiała moja babcia, kiedy opowiadałam jej o kimś, kto w mojej ocenie był doskonały. O słuszności tych słów przekonywałam się w życiu wielokrotnie. Często boleśnie, bo zbytnia ufność bywa przez innych wykorzystywana.

    Przykłady? Bardzo proszę.

    Aldonę poznałam na imieninach koleżanki. Była jej kuzynką. Uroda aniołka: falujące blond włosy, niebieskie oczy, smukła sylwetka. Kulturalna, miła, pogodna. Od pierwszej chwili budziła sympatię. Łatwo nawiązywała kontakt z innymi. Przy imieninowym stole siedziałyśmy obok siebie. Od razu znalazłyśmy wiele ciekawych tematów do rozmowy, wspólnych zainteresowań. Przy pożegnaniu wymieniłyśmy się telefonami. Kilka dni później zaprosiła mnie na kawę. Potem spotykałyśmy się często. Chodziłyśmy razem na zakupy, na koncerty, do teatru. Otworzyłam się przed nią. Wiedziała o mnie wszystko. Znała moje sukcesy i porażki, radości i cierpienia. Umiała słuchać. Doradzała w trudnych sprawach. Cieszyłam się, że mam taką dobrą przyjaciółkę.

    Pewnego dnia spotkałam przypadkiem jej kuzynkę, tą u której się poznałyśmy.

    -Dawno się nie widziałyśmy. Co u ciebie słychać? – zapytałam.

    - U mnie bez większych zmian, ale u ciebie to się dzieje… Bardzo ci współczuję. – odpowiedziała.

    Zdziwiłam się. Nie bardzo rozumiałam co ma na myśli.

    Od słowa do słowa i wyjaśniło się, że nasi wspólni znajomi są na bieżąco informowani o moim życiu, nawet o sprawach bardzo osobistych. Aby opowiadania nie były nudne, Aldona ubarwiała je mocno, dodawała nowe wątki. Byłam zaskoczona, gdy dowiedziałam się jak wiele dziwnych rzeczy wydarzyło się ostatnio w moim życiu. Dodatkowo, jak powiedziała mi jej kuzynka, Aldona opatrywała swoje opowieści w złośliwe komentarze na mój temat.

    Byłam w szoku. Aldona? Ta miła, życzliwa osoba?

    - W rodzinie wiemy, że Aldona ma skłonność do konfabulacji, ale w twoim przypadku to już poszła na całość. Bądź wobec niej ostrożniejsza. To osoba dwulicowa.

    Następnego dnia odwiedziła mnie Aldona. Uśmiechnięta i miła jak zawsze. Opowiedziałam jej o spotkaniu z kuzynka i poprosiłam o wyjaśnienia. Zaskoczona, przez chwilę milczała. Potem wybuchnęła gniewem. Dowiedziałam się jaką wredną i podła osobą jest jej kuzynka, że nie lubi Aldony a w ogóle to po co wtrąca się do nie swoich spraw. Weszłam jej w słowo i poprosiłam by nie unosiła się gniewem, ale powiedziała mi, czy prawdą jest to co usłyszałam od kuzynki. Moje pytanie wywołało jeszcze większy atak złości. Tym razem to ja byłam tą złą. Aldona nie ukrywała już jak wiele negatywnych uczuć żywi względem mnie, ile pogardy… W końcu wyszła ode mnie trzaskając drzwiami. Dlaczego? Nie mogę do tej pory zrozumieć.

    Jeszcze w czasie naszej „przyjaźni”, gdy Aldona była u mnie na kawie, przyszła z nieoczekiwaną wizytą moja babcia. Przedstawiłam jej Aldonę. Moja „przyjaciółka”, urocza jak zawsze, bawiła moją babcię rozmową, podczas gdy ja parzyłam dla nas herbatę. Potem jeszcze jakiś czas posiedziałyśmy razem i Aldona poszła do domu.

    - Nie ufaj jej. To nieszczera, fałszywa osoba – powiedziała niespodziewanie babcia po odejściu Aldony.

    - Ależ babciu… mylisz się. Znam ją dobrze… – protestowałam.

    Babcia nie myliła się. Intuicja jej nie zawiodła. To ja, po raz kolejny w życiu, okazałam się naiwną idealistką.

    Jesienna nostalgia

    16

    park

    Kocham jesień. Tę wczesną, kiedy liście na drzewach zachwycają kolorami. W słoneczne dni chętnie odwiedzam parki, zwłaszcza mój ulubiony – Łazienki. Mogę bez końca spacerować alejkami. Nie potrzebuję towarzystwa. Przeciwnie – jest ono niewskazane, bo w samotności mogę pełniej przeżywać swój zachwyt przyrodą, bardziej uczestniczyć w tych chwilach, które są, delektować się nimi.

    Lubię dyskretnie podpatrywać ludzi. Przez chwilę uczestniczyć w ich życiu, jak niemy statysta , który jest niezbędnym elementem tła. Wtedy wiem, że jestem i wszystko ma sens.

    W Łazienkach jest wielu stałych mieszkańców: wiewiórki, które podchodzą blisko i proszą o orzeszki, pokrzykujące donośnie pawie z pięknymi, mieniącymi się różnymi kolorami ogonami,  które niekiedy prezentują w całej okazałości wzbudzając zachwyt obserwatorów, kaczki, łabędzie, lisy, sarny i mnóstwo innych zwierząt i ptaków.

    Dawno temu, podczas spaceru z moim małym wtedy synkiem, obserwowaliśmy pawia, który dumnie prezentował wachlarz swego ogona. Przytupywał przy tym, podskakiwał, jak tancerz flamenco.

    - Dlaczego on się tak zachowuje? Inne pawie spacerują przecież spokojnie – dopytywał mój mały synek.

    - Bo tam, w tej gromadce mniejszych, szarych pawi, jest samiczka, która bardzo mu się podoba i on chce ją zachwycić swoją urodą – odpowiedziałam.

    - Ale żadna z nich na niego nie chce patrzeć! Poodwracały się od niego i wydziobują coś z ziemi, jakby go wcale tam nie było! A on tak się stara! Niedobre! – oburzał się mój malec.

    Inną atrakcją są kaczki, które podpływają do brzegu stawu i pozwalają się karmić, czasem nawet chwytają pokarm z wyciągniętej ręki. Karmienie kaczek jest ulubionym zajęciem maluchów. Rodzice często fotografują swoje pociechy przy tej czynności.

    Kiedyś obserwowałam jak młody tata fotografował synka, który tak był zachwycony tym, że kaczuszkipodpływają do niego blisko, że zupełnie nie zwracał uwagi na otoczenie. Z błogim uśmiechem urywał kawałeczki bułki, kucał na ostatnim schodku nad wodą i podawał ptakom. W pewnej chwili pochylił się zbyt mocno i wpadł do wody. Przy brzegu było dość głęboko, ale tata miał refleks i błyskawiczni wyciągnął przerażonego malucha.

    Od razu znalazła się też mama, która siedziała niedaleko na ławce.

    Oho – pomyślałam – zaraz będzie awantura. Tata nie pilnował dobrze synka, więc pewnie usłyszy reprymendę. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Rodzice patrzyli na ociekającego wodą maluch, który miał buzię „w podkówkę” i zastanawiał się, czy nie zacząć płakać. Spojrzeli na siebie i… zaczęli się śmiać. Małe, zmokłe kurczątko przez chwilę patrzyło zdezorientowane na zaśmiewających się rodziców , a potem samo wybuchnęło śmiechem. Uściskali się serdecznie.

    - Sfotografowałeś tę przygodę? – zapytała mama.

    - Niestety nie, nie zdążyłem. Musiałem lecieć dziecku na ratunek. – odpowiedział ze śmiechem tata

    Podczas ostatniej przechadzki po parku napotkałam grupę młodych, trzydziestoparoletnich osób.

    Zwróciły moja uwagę ich dziwne stroje. Panie miały bardzo eleganckie, lśniące kreacje, buty na bardzo wysokich obcasach w wyrazistych kolorach, zdobione złotem lub srebrem. Na głowach wymyślne kapelusze. Szczególnie jeden zwrócił moją uwagę. Wyglądał jak budka dla ptaszka. Taka, jak się widuje przy starych zegarach z kukułką. Pewnie nie zdziwiłabym się, gdyby w pewnym momencie na głowie eleganckiej pani zakukała kukułka…

    Panowie byli ubrani w w przymałe garnitury. Wąziutkie, obcisłe spodnie kończyły się nad kostką pokazując kawałek gołej nogi, bo skarpetek nie było. Buty, eleganckie zresztą i lśniące, nałożone były na gołe stopy…

    Pod przymałymi marynarkami, zamiast koszul, mieli skąpe podkoszulki, prezentujące męskie dekolty. Do tego cienkie krawaty. Na czubkach głów niektórzy mieli małe kraciaste kapelusze.

    Wszystkie ciuszki, choć dziwaczne, były zadbane i w dobrym gatunku. Towarzystwo udało się spacerkiem do modnej i drogiej restauracji Belvedere, znajdującej się na terenie parku. Najwyraźniej mieli zasobne portfele, bo obiad w tym eleganckim miejscu to spory wydatek.

    Znajomi wyjasnili mi, że ci młodzi to  jakaś nowa subkultura. Okazuję się, że nie nadążam za modą…

    Wczoraj był dzień Wszystkich Świętych. Jak nakazuje tradycja, ludzie nawiedzają cmentarze, przynoszą kwiaty na grobay swoich bliskich zmarłych, palą znicze. Niektóre cmentarze też przypominają parki. Zachwycają swoim pięknem. Pogoda w tym roku dopisała. Było ciepło, słonecznie. Tak jak inni, ja też odwiedziłam groby bliskich mi osób. Zapaliłam znicze na grobach, postawiłam kwiaty, zmówiłam modlitwę za nich. W myślach dziękowałam Bogu za to, że byli obecni w moim życiu.

    Zostawili po sobie dobrą pamięć i tęsknotę…

    Odeszłaś cichutko…

    15

    nagrobek

    Jeszcze poprzedniego dnia wieczorem, przy pożegnaniu, długo patrzyła mi w oczy. Nie śmiałam zapytać czemu mi się tak przygląda, jakby mnie chciała dobrze zapamiętać…

    Tego dnia przed odejściem rozmawiałam jeszcze z lekarzem prowadzącym. Powiedział, że za dwa dni będę mogła zabrać Mamę do domu, bo jest już dużo lepiej. Ucieszyłam się, ale i trochę zdziwiłam, bo ja nie zauważyłam u Mamy poprawy. Nadal,  tak jak dwa tygodnie wcześniej, w dniu przyjęcia do szpitala, miała płytki oddech, bardzo szybko się męczyła. Samo wstanie z łóżka wiązało się z ogromnym wysiłkiem. Po kilku krokach musiała odpoczywać. Lekarz jednak zapewniał mnie, że wyniki EKG, echo serca oraz morfologia krwi są zadowalające i nie ma powodu do obaw.

    Następnego dnia rano obudził mnie telefon.

    - Dzwonię ze szpitala. Pani Mama zmarła w nocy – poinformował mnie nieznany mi głos.

    - Jak to?   Przecież rozstałyśmy się wczoraj wieczorem i nic nie wskazywało na to, że… – nie mogłam uwierzyć.

    - Ustało krążenie. Proszę przyjechać po rzeczy Mamy.

    ………………..

    Już po pogrzebie. Na mszę żałobną przyszło wiele osób. Znajome nauczycielki, z którymi kiedyś pracowała, a potem spotykała się w Klubie Nauczyciela, sąsiedzi, rodzina i przyjaciele jej oraz moi.

    Została pustka, której nie umiem wypełnić…

    Nie płaczę zbyt dużo, bo wiem, że miała lekką śmierć. Usnęła i już się nie obudziła. Nie bała się śmierci, bo się jej jeszcze nie spodziewała. Nie cierpiała. Wiem o tym, bo pani, która leżała na sąsiednim łóżku powiedziała mi, że tamtej nocy nie mogła spać, więc zauważyłaby gdyby coś niepokojącego się działo.

    Mama w szpitalu miała możliwość przyjmowania sakramentów, z czego korzystała. Dla niej to było ważne. Dla mnie też, bo ufam, że odeszła przygotowana na spotkanie z Bogiem. Tam są już prawie wszyscy moi najbliżsi: brat, tata, mąż…

    Wiem, że życie Mamy był oostatnio bardzo  dla niej trudne z powodu nękających ją dolegliwości. Dożyła pięknego wieku – w lipcu skończyła 92 lata. Chciała jeszcze żyć, ale widocznie musiało być inaczej.

    Opiekowałam się nią do końca. Tak jak umiałam najlepiej. Miałam jednak bolesną świadomość, że są sprawy, na które nie mam wpływu. Jej cierpienia były moimi cierpieniami. Wszystkimi siłami starałam się jej pomagać, ale schorowany organizm coraz bardziej szwankował. W ostatnich miesiącach jej życia było dużo bólu, wizyt u lekarzy, bolesnych zabiegów, nieprzyjemnych badań. I nadziei, że może jeszcze się podniesie, jeszcze wróci do sił…

    ………………………….

    Żegnaj Mamusiu. Bardzo mi będzie Ciebie brakowało. Byłaś najlepszym, najwierniejszym przyjacielem. Kimś zupełnie wyjątkowym, kogo nikt inny mi nie zastąpi. Czas może złagodzi ból rozstania, ale tęsknota pozostanie na zawsze.

    Codzienność

    11

    lekarz

    Kolejny dzień, kolejne zmartwienia. Starość jest okropna. Ciało i umysł zawodzą. Brak sił, choroby, cierpienie. Gdy jest ktoś bliski, kto się zaopiekuje, pomoże, odciąży, to jeszcze nie jest najgorzej. Dramat, gdy stary, bezradny człowiek zostaje sam, zdany na łaskę i niełaskę obcych ludzi.

    W lipcu moja mama skończyła 92 lata. Umysłowo jest jeszcze w dobrej formie. Ciało jednak coraz bardziej odmawia posłuszeństwa. Słabe serce (stymulator, migotanie przedsionków), duże zmiany zwyrodnieniowe w całym układzie kostnym, choroby układu naczyniowego, niedowidzenie, niedosłuch itp., itd. Mama ma silny charakter i wolę życia, mimo niedomagań i cierpienia. Jest jednak bardzo zmęczona ciągłymi wizytami u lekarzy, badaniami, zabiegami, pobytami w szpitalu. Ja, która się nią opiekuję, też czuję się okropnie. Obserwowanie na co dzień cierpienia najbliższej osoby i to poczucie bezsilności, że nic nie można pomóc, odbiera mi radość życia i siły.

    Mogłabym szukać jakichś rozwiązań jak np. dom opieki, opiekunka na stałe. Mam jednak przekonanie, że mama poczułaby się wtedy niepotrzebna, odrzucona. Obce osoby nie miałyby tej cierpliwości, miłości, co własna córka.

    Dźwigam więc moją codzienność i mówię sobie: tak musi być. Na dzień dzisiejszy moje życie jest całkowicie przyporządkowane mamie i jej potrzebom. Stąd moje nieregularne pojawianie się na blogu. Większość czasu spędzam u mamy, a tam nie mam dostępu do internetu. Zresztą nie mam też czasu, ani nastroju do pisania. Bo o czym miałabym pisać? Dosmucać blogerów? Nie. Każdy ma swoje troski i zmartwienia. To nie byłoby fair. Dziś wyjątkowo trochę się poskarżyłam na los. Wybaczcie…

    Z konieczności jestem więc częstym gościem w różnych placówkach służby zdrowia. Poznałam wielu lekarzy różnych specjalności. Zdobyłam sporą wiedzę medyczną i pielęgniarską. W tych moich zmaganiach z rzeczywistością zdarzają się czasem zabawne chwile.

    Po incydencie kardiologicznym, gdy w szpitalu zdiagnozowano u mamy skrzeplinę w pobliżu serca, która zagrażała życiu, mama musi przyjmować silne leki nasercowe rozrzedzające krew i być pod stałą opieką kardiologa.

    Któregoś razu pani kardiolog opiekująca się mamą była na urlopie i musiałyśmy skorzystać z pomocy lekarza, który ją zastępował.

    Do gabinetu weszłam razem z mamą, która ma silny niedosłuch i zwykle w kontaktach z lekarzem służę jej pomocą. Wiem wszystko o jej chorobach i mogę odpowiedzieć na każde pytanie.

    Pan doktor spojrzał na nas niezadowolony.

    - Przyjmuję pojedynczo.  Pacjentka proszę zostać, druga pani proszę wyjść! – oznajmił stanowczo.

    - Ale, panie doktorze ja chcę pomóc.-Mama ma niedosłuch…  – próbowałam wyjaśnić.

    Doktor wstał od biurka. Wskazał palcem drzwi.

    - Proszę natychmiast wyjść!

    Wyszłam. Zamiast zezłościć, rozbawiło mnie to obcesowe potraktowanie. Nic to. Oby był tylko dobrym i skutecznym lekarzem.

    Po dłuższej chwili pielęgniarka wychyliła się z gabinetu

    - Pan doktor prosi panią – oznajmiła.

    - Teraz, gdy zbadałem pacjentkę, mogę pani powiedzieć jakie są zalecenia i jakie leki ma pani mama przyjmować – powiedział już normalnym tonem.

    Wymienił trzy leki. Zdumiałam się, bo mama brała do tej pory jedenaście leków, które szpital uznał za niezbędne.

    - Tylko trzy leki? Mama niedawno wyszła ze szpitala i tam powiedzieli…

    - Kto ma niedosłuch? Mama, czy pani? Chyba mówię wyraźnie! Trzy! – znowu się na mnie zdenerwował – Proszę zabrać recepty i przyjść z mamą za miesiąc!

    - Ale panie doktorze, taka duża redukcja leków. Trochę się boję. To przecież serce… – próbowałam uzyskać jakieś wyjaśnienie.

    Ponieważ stałam zdezorientowana, pan doktor wstał od biurka i ruszył w moją stronę z groźną miną.

    - O rety! – pomyślałam – zaraz mnie weźmie za kołnierz i wyprowadzi, może jeszcze przyłoży…

    Czym prędzej wzięłam mamę pod rękę i wyszłyśmy z gabinetu. Szybkim krokiem opuściłyśmy przychodnię. Na zewnątrz dostałam ataku śmiechu. Ten niewielki wzrostem, tak władczy mężczyzna wydał mi się okropnie zabawny. Uśmiałam się do łez…

    Inne zabawne zdarzenie miałam pod gabinetem gastrologa. Mama przyszła na nieprzyjemne badanie – gastroskopię. Była trochę wystraszona i zdenerwowana. Próbowałam ją podtrzymywać na duchu. W poczekalni siedział jeszcze jeden pacjent. Młody mężczyzna, przystojny, modnie ubrany. Był już po badaniu i czekał na opis. Uśmiechnął się i zaczął przekonywać mamę, ze badanie nie boli i nie jest takie straszne. Trochę nieprzyjemne i tyle.

    Poproszono mamę do gabinetu. Z młodym człowiekiem rozmawialiśmy jeszcze na temat badań i służby zdrowia. Zdziwiłam się, że tak młodym wieku  musi wykonywać tyle nieprzyjemnych i bolesnych badań, odwiedzać lekarzy specjalistów.

    - Bo wie pani, ja jestem po seksie – oznajmił mi poważnie. – O mało mnie to nie wykończyło. Ledwie mnie odratowali. A teraz jeszcze te powikłania.

    Popatrzyłam na niego zdumiona. Żartuje? Nie, minę miał poważną, zatroskaną…  Nigdy bym nie pomyślała, że seks może być tak niebezpieczny dla mężczyzny. Coś takiego!

    - Niesamowite! – powiedziałam skonsternowana.

    -  Tak. Od tamtego czasu sporo minęło, a ja ciągle odczuwam skutki. Sepsa to bardzo poważna choroba…

    O ludzie! A ja myślałam…

    A może jak to mówią: głodnemu chleb na myśli. :)

    Kolonie

    8

    kolonie

    Zbliża się połowa wakacji. Pogoda dopisuje. Dzieci wracają z turnusów kolonijnych zadowolone, opalone na brąz. Przy pobliskiej szkole autobus wycieczkowy zabiera kolejną grupę dzieci na turnus kolonijny. Zatroskane mamy dają ostatnie wskazówki swoim pociechom, sprawdzają czy wszystko w porządku z bagażem, prowiantem na drogę. Potem pożegnanie i odjazd autokaru.

    Wspominam moje pierwsze kolonie. Rodzice wysłali mnie wcześnie, zanim rozpoczęłam pierwszą klasę szkoły podstawowej. Doszli do wniosku, że taki surviwal dobrze mi zrobi przed rozpoczęciem nauki. Wzmocni mnie, nauczy integracji z nowo poznanymi osobami. Poza tym wyjazd z miasta na świeże powietrze, przyroda, wypoczynek. Kolonie były daleko od mojego miejsca zamieszkania, gdzieś w województwie zielonogórskim.

    Pamiętam piękne lasy z mnóstwem jagód, poziomek, borówek. Nie było mi tam źle.

    Pewnego dnia odwiedził mnie tam mój tato, który akurat był w Zielonej Górze na delegacji i po załatwieniu spraw służbowych, przed wyjazdem do domu, postanowił na chwilę wpaść w odwiedziny do swojej pociechy. Pora była poobiednia, dzieci bawiły się przed budynkiem kolonijnym. Kierowniczka kolonii wskazała tacie miejsce, gdzie przebywała moja grupa. Tata udał się tam, bo chciał mi zrobić niespodziankę swoim pojawieniem. Tymczasem to tatę czekała niespodzianka. Jego dziecka w grupie nie było. Wychowawczyni w pierwszym momencie zdumiała się, że jednej podopiecznej brakuje, po chwili jednak przypomniała sobie gdzie jestem. Zaprowadziła tatę do wielkiej sali jadalnej, gdzie w kąciku, nad zimnym już kotletem debatowała jego ukochana córka.

    - Takie są zasady – powiedziała wychowawczyni – wychodzą z sali te dzieci, które zjedzą posiłek. Pana córka wychodzi zwykle ostatnia – dodała. Radość ze spotkania była ogromna. Zwierzyłam się tacie, że jest nieźle, ale… kucharka to na mnie się uwzięła i największe porcje zawsze przydziela mnie… Taki był ze mnie niejadek.

    Na kolonie pojechałam potem jeszcze dwa razy. Ostatni raz byłam z moim młodszym bratem. Przed wyjazdem rodzice instruowali mnie, że mam pamiętać o tym, że mój brat jedzie pierwszy raz, ma dopiero niecałe siedem lat i liczą na to, że będę dla niego oparciem. Łatwo powiedzieć. Ja byłam w jednej grupie, mój brat w innej. My chodziliśmy w jedną stronę, oni w inną. Owszem, spotykaliśmy się na posiłkach i przy okazji imprez, w których brały udział wszystkie dzieci, jak np. ognisko, ale to były spotkania okazjonalne. Poza tym ja miałam swoje koleżanki, on swoich kolegów z grupy.

    Brat nie był  chyba zbyt zadowolony z pobytu, bo po skończonym turnusie, na pytanie rodziców o wrażenia, odpowiedział: – Było nieźle, ale …. żeby mi to było pierwszy i ostatni raz!

    Życzeniu ulubieńca stało się zadość. Były to jego, a przy okazji i moje, ostatnie kolonie.

    Potem już przeżywałam tylko kolonie mojego syna. Jego pierwszy wyjazd był dla mnie wielkim przeżyciem. Nie wyobrażałam sobie, że moje dziecko poradzi sobie bez mamusi. Różnego rodzaju lęki prześladowały mnie jeszcze przed wyjazdem, a potem w czasie jego pobytu nad morzem. A to, że się przeziębi i dostanie zapalenia płuc, a to, że się nie odnajdzie w grupie i będzie samotny, nieszczęśliwy, a to, że go nie dopilnują i zgubi się lub utopi… Koszmar! Okazało się, że dziecko wróciło wypoczęte, zadowolone, pełne wrażeń. Mieszkał z trzema kolegami, z którymi się świetnie dogadywał. Razem wygrali konkurs na najlepszy boys band kolonii… Przyjechał trochę poobijany i podrapany wprawdzie a niektóre rzeczy osobiste zostały pogubione, jednak moje ogromne obawy były zupełnie niepotrzebne. Tamte kolonie były w jego ocenie fajnym przeżyciem.

    Następne jego kolonie nie były już tak udane. Grupa do której go przydzielono składała się z chłopców konfliktowych, często dochodziło między nimi do szarpanin i bójek. Poza tym zdarzały się kradzieże. Mój syn wrócił zestresowany, skradziono mu ulubioną koszulkę z nadrukiem i niewielką kwotę pieniędzy. Na pytanie o to, co na to wychowawcy, odpowiedział, że sprawdzali tylko czy wszyscy są na miejscu i żeby się za bardzo nie bili między sobą. Poza tym powiedzieli na początku, że oni też mają wakacje i też należy im się wypoczynek. Jak to młodzi ludzie – podchodzili do swojej pracy na luzie. Wieczorami, po położeniu dzieci do łóżek spotykali się, popijali piwko, rozmasowali. Tak też bywa. Nic dziwnego, że moje dziecko już więcej nie chciało wyjeżdżać na kolonie.

    Patrząc na te odjeżdżające dzieci pomyślałam sobie o …. upływającym czasie.

    Przyjdzie czas, że te dzieci będą wysyłać na letni wypoczynek swoje własne dzieci, potem może wnuki… Szkoda, że nie można cofnąć czasu i : „wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet, ściskając w ręku kamyk zielony patrzeć jak wszystko zostaje w tyle…”

    Zdarzenie

    12

    kolizja

    - Mogłaby pani mniej zamaszyście otwierać te drzwi? Przecież rysuje pani stojący obok samochód! Młoda kobieta, która pojawiła się obok mnie nie kryła oburzenia.

    Zaniemówiłam ze zdziwienia. Otwierałam właśnie drzwi od swojego samochodu, nie „zamaszyście”, jak twierdziła, ale normalnie, tak aby wsiąść do niego i pojechać. Nie czułam abym dotknęła drzwi sąsiada. Żadnego, choćby cichego dźwięku nie słyszałam. Ale może… Kobieta oskarżycielsko pokazywała niewielką rysę na drzwiach stojącego obok auta.

    Patrzyłam i dziwiłam się. Coś mi nie pasowało…

    - Zaraz, zaraz. Nie mogłabym tego zrobić, nawet gdybym chciała, bo mój samochód stoi za daleko – odpowiedziałam. Podeszła i gniewnie szarpnęła drzwi mojego auta, aż zawiasy jęknęły. Otworzyła je na całą możliwą szerokość. Brakowało ok 2 cm do drzwi sąsiada.

    - Mogłaby pani! – stwierdziła wbrew logice.

    - Ale niech tam… – powiedziała i odeszła , jak gdyby nigdy nic.

    Stałam jeszcze chwilę skonsternowana i patrzyłam za odchodzącą kobietą. Dopiero potem ogarnęła mnie wściekłość. – Co za tupet! Chciała we mnie wmówić zarysowanie, żeby potem zażądać pieniędzy na lakiernika! – zżymałam się. Pół dnia czułam złość.

    Dobrze, że już później nie spotkałam tej osoby, bo mogłabym dać wyraz swojemu wzburzeniu.

    Po kilku godzinach od tego zdarzenia ochłonęłam. A może rzeczywiście myślała, że uderzyłam w drzwi jej samochodu? Może patrząc z boku tak jej się wydawało? Może nie było w tym żadnej wrednej kalkulacji, tylko obawa o własne auto? Jedno jest jednak pewne – w chwili gdy przekonała się, że nie miała racji powinna powiedzieć tylko jedno słowo: przepraszam. Ludzie mają jednak problem z przyznaniem się do błędu. Może duma nie pozwoliła jej na to? To, że ucierpiała duma kogoś innego było najwidoczniej dla tej osoby bez znaczenia.

    Przy okazji tej sprawy przypomniało mi się zdarzenie sprzed kilku lat.

    Wracałam wieczorem do domu samochodem. Postanowiłam jeszcze wstąpić do pobliskiego sklepu po chleb. Skręciłam za róg budynku, w którym mieścił się sklep i zaparkowałam przy ścianie domu obok innego stojącego tam samochodu. W chwili gdy wyłączyłam silnik poczułam uderzenie w tył mojego samochodu. Niezbyt silne, ale jednak. Wysiadłam, żeby zobaczyć co się stało. Okazało się, że w tył mojego auta uderzył inny samochód, który również skręcił za róg domu z zamiarem zaparkowana. Widocznie kierowca nie zwolnił wystarczająco na zakręcie i nie zdążył do końca wyhamować. W rezultacie auto wpadło w mały poślizg i stuknęło mój pojazd. Takie rzeczy mogą się zdarzyć. Nic wielkiego się nie stało. Na moim zderzaku powstała niewielka rysa a sprawca miał trochę naruszoną tablicę rejestracyjną swojego wozu. Nie robiłabym z tego wielkiego problemu, bo mój samochód nie jest nowy i ma kilka zarysowań powstałych w różnych okolicznościach. Tego jednak co potem nastąpiło zupełnie się nie spodziewałam…

    Z samochodu wysiadło czterech młodych, dwudziestoparoletnich mężczyzn. Z ich min od razu zorientowałam się, że nie jest dobrze…

    Rozejrzałam się. W pobliżu niestety nie było nikogo…

    Panowie podeszli do mnie z wrzaskiem: – I co pani narobiła! Kto pani dał prawo jazdy! Jak można tak jeździć!!! Uszkodziła pani samochód koledze!!!

    Próbowałam wyjaśnić, że ja stałam, więc nie mogłam nikomu nic uszkodzić…

    Odpowiedział mi agresywny wrzask: – Nieprawda! Pani cofała! I co? Uszkodzona tablica rejestracyjna! Trzeba będzie do warsztatu! Będą koszty!

    Kierowca, również młody wiekiem, widząc moje przerażenie, oznajmił pojednawczo:

    - Spokojnie panowie! Dogadamy się z panią. Dwieście złoty i po sprawie.

    - Ale ja naprawdę nic nie zrobiłam… – próbowałam jeszcze wyjaśniać.

    Wrzask : – Wzywamy policję! Zobaczy pani ile to będzie kosztowało! Mandat, punkty karne. Komu uwierzą? Nas jest czterech! My mamy nowy samochód, pani starego, porysowanego grata. Widać nie pierwszy raz już pani kogoś tak urządziła!

    Poczułam się bardzo zmęczona, samotna, bezbronna… Wyjęłam pieniądze i zapłaciłam. Chciałam, żeby już sobie poszli, dali mi spokój.

    Kierowca wziął dwie setki i powiedział: – Słuszna decyzja. Z policją byłoby drożej. A ja muszę przecież pojechać do warsztatu, żeby naprawić tę tablicę. Te pieniądze to na ten cel.

    Wróciłam do domu roztrzęsiona. Nie miałam ochoty do nikogo dzwonić, aby szukać pocieszenia. Chciałam zapomnieć. Jak najszybciej zapomnieć…

    Wobec chamstwa, tupetu, bezczelności czuję się zawsze przegrana. Nie podejmę walki z taką osobą, bo musiałabym stosować jej metody, a tego nie chcę, nie potrafię, nie mam zamiaru się uczyć. Brzydzę się tym. Szkoda tylko, że nie zawsze można uniknąć kontaktu z takimi ludźmi…

     

    Hare Kriszna

    8

    hinduskaJeszcze nie tak dawno na ulicach Warszawy i innych większych miast można było często spotkać egzotyczne postacie wesołych mnichów Kriszny. Tańczyli, śpiewali, grali na bębenkach i namawiali przechodniów do zakupu literatury o tematyce religijnej. Z tych książek można było dowiedzieć się o życiu i przesłaniu ich boga. Ich spontaniczność i optymizm budziły sympatię przechodniów.

    Kiedyś interesowałam się religiami wschodu. Uczestniczyłam w spotkaniach, seminariach. Fascynował mnie buddyzm, uczestniczyłam w zajęciach jogi, w spotkaniach medytacyjnych zen. Szukałam swojej drogi. Do Warszawy przyjeżdżało wielu znaczących przedstawicieli tych religii. Chodziłam na spotkania z nimi. Moja otwartość i szczerość spowodowały, że niewiele brakowało a weszłabym w ten nurt na serio, może zbyt daleko by się cofnąć… Powiem tylko, że na spotkaniu z pewnym guru, po serii „testów” z duchowości zostałam wybrana do etapu jakby zaprzysiężenia. Mało brakowało a przyjęłabym na siebie szereg zobowiązań, z których ciężko byłoby mi się wycofać. Z wielu względów. Na szczęście w porę przyszło opamiętanie.

    Po latach spotkałam podobną grupę w Wiedniu. Byłam tam służbowo na dłuższym, kilkutygodniowym wyjeździe. W tygodniu pracowałam w przedstawicielstwie mojej firmy, a w weekendy miałam nadmiar wolnego czasu. Pewnej niedzieli w centrum miasta, przy Stephanplatz, zauważyłam gromadkę ludzi Kriszny, którzy tańczyli, śpiewali i częstowali przechodniów wegańskimi potrawami. Podeszłam. Poczęstowałam się jakąś smaczną potrawą z marchewki z dodatkiem wschodnich przypraw. Młoda dziewczyna wręczyła mi zaproszenie na spotkanie w Kriszna Temple. Zachęcała mówiąc, że będzie można tam odpocząć przy muzyce, obejrzeć występy tancerzy z Indii, posłuchać interesującego wykładu na temat duchowości wschodu. Czemu nie? – pomyślałam. Zamiast kolejnego samotnego wieczoru w hotelu, jakaś odmiana.

    O podanej na zaproszeniu porze udałam się pod wskazany adres. Świątynia Kriszny znajdowała się na piątym piętrze wysokościowca w centrum miasta. Jadąc windą zastanawiałam się, czy dobrze robię idąc na to spotkanie. Traf chciał, że przy windzie spotkałam Polkę. Okazało się, że zmierzała na to samo spotkanie. Opowiedziała mi, że jej córka związana jest z ruchem Kriszny od pewnego czasu i ona, jako matka, jest bardzo z tego zadowolona. Zapewniała mnie, że są to wspaniali, serdeczni ludzie. Córka jest jedną z nich i jest bardzo szczęśliwa. Po dojechaniu na miejsce zadzwoniłyśmy do drzwi i otworzono nam. Wkroczyłam do pomieszczenia w którym było szaro od dymu z kadzidełek. Przyćmione światło i dyskretna muzyka sprawiały, że już po chwili poczułam się lekko odurzona.

    Stalowe drzwi zatrzasnęły się za mną cicho… Matka-Polka zniknęła. Zanim zdążyłam zebrać myśli, pojawił się obok mnie młody człowiek w pomarańczowym stroju i w ciepły, ujmujący sposób wypytał mnie kim jestem, jak do nich trafiłam. Poinformował, że mam ogromne szczęście bo będę uczestniczyła w spotkaniu z bardzo ważnym guru. Będą prezentowane filmy ze spotkań tego guru z wyznawcami w Stanach Zjednoczonych i innych miejscach naszego globu, będzie wykład, występy i poczęstunek. Ze względu na to, że językiem wykładu i prezentacji będzie angielski a ja bardziej znam niemiecki, mój rozmówca obiecał, że będzie moim tłumaczem. Rzeczywiście – towarzyszył mi przez cały czas spotkania.

    Czułam się dobrze w towarzystwie tych ludzi. Biła od nich życzliwość i ciepło. Nie czułam się intruzem. Przeciwnie – byłam dla nich kimś ważnym.

    Kiedy zaczęli tańczyć i śpiewać „Hare Kriszna”a mój towarzysz zachęcał mnie abym dołączyła do  kręgu tańczących, poczułam się nieswojo… – Bo ja tu przyszłam tylko popatrzyć, posłuchać… Ja mam swoją religię… Moim Bogiem jest Jezus Chrystus… – wyjaśniłam zakłopotana, że odmawiam.
    Mój rozmówca rozpromienił się. – Jezus Chrystus? Wspaniale! Oni z Kriszną znali się, byli przyjaciółmi! Chrystus nauczał również na wschodzie. Nie wiedziałaś o tym?
    Zdębiałam. Zupełnie nie wiedziałam co odpowiedzieć. Zwariował???

    Potem był poczęstunek, jeszcze koncert muzyki wschodniej wykonany na sitar i rozstałam się z gospodarzami wieczoru. Bardzo zapraszali na kolejne spotkania, ale już nie poszłam.
    Po powrocie do kraju próbowałam dowiedzieć się czegoś na temat związków Jezusa Chrystusa i Kriszny.
    Doprowadziło mnie to do takich teorii, że… dałam spokój. Jedna z nich  twierdziła nawet, że Kriszna i Chrystus, to ta sama osoba…. Życiorysy mają bardzo podobne, a Christos i Kriszna, to może być imię tej samej osoby, tylko inaczej wymawiane w różnych miejscach globu…
    I jak tu nie popaść w herezję?

    Trudne pytania

    12

    nad wodą

    - Julka, co się stało? – zawołałam za moją nastoletnią sąsiadką, która zasapana przemknęła obok mnie z nieprzytomnym wyrazem twarzy. O mało co przy tym nie stratowała miniaturowego yorka sąsiadki z parteru, który właśnie biegł mi na powitanie…

    Zatrzymała się. Zawróciła. – Przepraszam pani Agato. Jestem taka zdenerwowana…

    - Masz ochotę pogadać? Wejdź do mnie na chwilę. Napijemy się soku jabłkowego, ochłoniesz trochę, uspokoisz nerwy.

    Za chwilę siedziałyśmy przy stole w moim mieszkaniu. Nalewałam sok jabłkowy do szklanek, a Julka nerwowo chrupała orzeszki, które postawiłam obok kruchych ciasteczek.

    - Skąd takie wzburzenie? Co się stało? – zapytałam ponownie.

    - A nie wyda mnie pani? Nie powie nic mamie? – odpowiedziała pytaniem.

    - Jeśli nie zabiłaś nikogo i nie popełniłaś żadnego przestępstwa ściganego z mocy prawa, możesz liczyć na moją dyskrecję. W przeciwnym wypadku… Sama rozumiesz: oskarżenie o współudział, policja, kłopoty. Po co mi to? – opowiedziałam ze śmiechem.

    Julia też się uśmiechnęła. Widać, że wreszcie zdenerwowanie minęło. Sięgnęła po ciasteczko z czekoladą, wypiła łyk soku i oznajmiła dramatycznym głosem:

    – Bo ja zupełnie nie rozumiem mężczyzn.

    - No wiesz? A ile ty masz lat, żeby rozumieć? Ja mam sporo lat więcej niż ty i też ich nie rozumiem. Mężczyzna zupełnie inaczej patrzy na świat niż kobieta. To znaczy: patrzy na to samo, a widzi co innego. Zawsze mnie to zdumiewało. Ale domyślam się, że tu chodzi o inny rodzaj wrażliwości. Kobietę poruszają inne rzeczy, inne sprawy niż mężczyznę. Tak już jesteśmy skonstruowani. Ale o co tak naprawdę ci chodzi? O jakiegoś konkretnego mężczyznę, czy tak w ogóle?

    Jula zarumieniła się lekko.

    - Nooo, tak… O Igora. Tego z drugiej klatki….

    Już miałam zapytać: – A co to za mężczyzna? – ale w porę ugryzłam się w język. Pamiętałam Igora z czasów, jak jeździł po podwórku na trzykołowym rowerku, bawił się w piaskownicy. Zresztą Julkę taż pamiętam jako małego, śmiesznego szkraba.

    - I co z nim? – dopytywałam.

    - No, bo od jakiegoś czasu on jak mnie spotyka to zawsze uśmiechnie się, porozmawia. On w przyszłym roku będzie zdawał maturę i potem chce podchodzić do egzaminów na Politechnikę. Wczoraj powiedział mi, że wybiera się na trasę rowerową nad Wisłę, że jest tam takie fajne miejsce, gdzie można poopalać się na małej, czystej plaży, niezbyt oblężonej przez ludzi, trochę na uboczu. I pojechaliśmy tam dziś rano. Rzeczywiście to bardzo piękne miejsce. Taka mała zatoczka. Miejsce odgrodzone krzewami od drogi, czysty piasek, cisza, ptaki śpiewają. Było fajnie. Do czasu… W pewnym momencie w niego jakby diabeł wstąpił. Popluskaliśmy się trochę w Wiśle, ale woda była dość zimna i uciekłam na koc. Igor wziął ręcznik i wycierał mi plecy. Ale potem to wycieranie chyba wymknęło mu się spod kontroli…Koniec końców, po krótkiej szamotaninie, musiałam go uderzyć w twarz. Nie chciałam, ale tak jakoś wyszło… Po prośbie nie udawało się go uspokoić… Już zaczęłam trochę panikować, że sobie nie poradzę, bo silny jest. I … pac. Pomogło. Ale wtedy on się obraził. Poprawił włosy, które w czasie tych naszych zmagań zwichrzyły się, zebrał swoje rzeczy i oznajmił chłodno, że wraca do domu. Wsiadł na rower i pojechał. Ja dopiero teraz wróciłam i mam mętlik w głowie. Nic z tego nie rozumiem…. Niby taka wielka, gorąca namiętność go chwyciła a zaraz potem lodowaty chłód. Szkoda, bo ja go naprawdę lubię…

    - Nie przejmuj się. Przejdzie mu. Trochę go poniosło, ale jeżeli ma rozum, to zaakceptuje twoją reakcję. Jeśli nie – to też się nie martw. Znaczyć to będzie, że jeszcze potrzebuje czasu, żeby dorosnąć. Jesteś piękną dziewczyną i robisz wrażenie na chłopcach. Musisz mieć tego świadomość i uważać, aby niechcący nie wpakować się w kłopoty. Twoje swobodne zachowanie może zostać mylnie odczytane jako zachęta do zmniejszenia dystansu, do bliższego poznania. Być może Igor też tak to odebrał.

    - Ale ja mu nie dałam podstaw do takiego myślenia! Lubię go, ale nie uważam żeby to wystarczyło…. A może ja jestem głupia, że w wieku szesnastu lat ciągle czekam na kogoś szczególnego? Niektóre moje koleżanki nie mają takich problemów… One już dawno mają za sobą pierwszy raz…

    - Nie Julka, to ty jesteś rozsądną osobą. Tak uważam. Tych spraw nie można traktować tak lekko, jak obecnie proponuje świat, bo za krótką chwilę namiętności można zapłacić bardzo wysoką cenę. Można sobie bardzo skomplikować życie. A tak na marginesie, to rozmawiasz czasami z mamą o tych sprawach?

    - Z mamą??? No way!!! Kiedyś próbowałam, ale to było tak krępujące dla nas obu, że dałam spokój. Ona chyba ciągle jeszcze jest dziewicą.

    No tak, są w życiu trudne tematy, trudne pytania. I z kim porozmawiać? Komu zaufać?

    Jeszcze o muzyce

    10

    muzyka

    Pociągnę jeszcze trochę temat mojego ostatniego wpisu.

    Muzyczne niespodzianki zdarzają mi się często. Może dlatego, że lubię być zaskakiwana nowym brzmieniem znanego utworu. Nie znaczy to, że wszystko co nowe, inne, podoba mi się. Czasem są to miłe niespodzianki, jak ta opisana przeze mnie w poprzednim wpisie, ale bywa też, że czuję się niejako zaatakowana muzycznym popisem.

    ***

    Niedawno miałam okazję słuchać ciekawego wykonania motywu muzycznego z filmu „Va bank” Juliusza Machulskiego. U wejścia do metra stało kilku starszych panów, którzy grali ten utwór. Ale jak grali! Temperament, mistrzostwo wykonania, radość z muzykowania porywały słuchających. Trudno było przejść obojętnie obok tej grupki i nie zatrzymać się choć na chwilę. Ten uliczny koncert był dla mnie dawką pozytywnej energii, nieoczekiwanym prezentem. Panowie byli ubrani stylowo, odpowiednio do wykonywanego repertuaru. Staranność wyglądu świadczyła moim zdaniem o szacunku do słuchacza. Również pani, która zbierała datki dla zespołu, była osobą zadbaną, wizerunkowo pasującą do grających panów. Ta grupka miała swój styl i klasę. Widać było, że to nieprzypadkowo zebrani panowie, że nie grają po to, aby np. uzbierać na flaszkę. To byli artyści.

    Także młoda dziewczyna, sądząc po akcencie, pochodząca prawdopodobnie z którejś z dawnych republik radzieckich, grała w parku na skrzypcach tak pięknie, z taką wirtuozerią, że można się było poczuć, jak w filharmonii.

    Na cmentarzu młody mężczyzna grał przepięknie na trąbce. Utwór „The lonely shepherd” dopisałam do listy moich ulubionych melodii.

    Są jednak sytuacje, że mam ochotę uciekać jak najdalej od prezentowanej „muzyki”. Widać, że wykonawca albo nie lubi swojego instrumentu i rzadko z niego korzysta, albo stawia pierwsze kroki w nauce gry i nie ma świadomości, że jego muzykowanie sprawia przykrość słuchającym.

    Gorzej, gdy nie ma gdzie uciec… Zdarza się, że do tramwaju wsiada człowiek z akordeonem. Drzwi pojazdu zamykają się, tramwaj rusza. Tymczasem nasz muzyk wydaje ze swojego instrumentu jakiś straszny dźwięk, przez chwilę próbuje ugrać jakąś melodię. W połowie przystanku rezygnuje z grania i rusza z plastikowym kubkiem prosząc o datki. Ludzie wrzucają monety ze strachu, że jak tego nie zrobią to znowu zacznie grać …

    Czasem na moim osiedlu pojawia się też orkiestra podwórkowa. Panowie grają starowarszawskie piosenki, takie jak : „Felek Zdankiewicz”, „Hanka”, czy „Bal na Gnojnej”. Jako rodowita warszawianka lubię ten mój rodzimy folklor, choć wykonanie bywa różne. Kiedyś panowie muzycy byli na wyraźnym „humorku”. Nie tylko mieli kłopot z utrzymaniem melodii, ale również z utrzymaniem się na nogach…

    W domu mam nagrania dawnych piosenek w wynaniu różnych artystów. Lubię sobie czasem posłuchać tych piosenek o „charakternych” chłopakach i ich dziewczynach. To historia mojego miasta.

    W nieco inny sposób, bardziej na wesoło, z przymrużeniem oka interpretował te piosenki Jarema Stempowski. Nie sposób się było nie uśmiechnąć. Na zakończemie moich muzycznych rozważań proponuję więc posłuchanie jednej z takich piosenek. W oryginale „Pożar na Tamce” ma więcej zwrotek i jedna z bohaterek opowieści, babcia, odnajduje się cała i zdrowa. Wykonawca nieco skrócił utwór, ale i tak jest śmiesznie.

     

    Yesterday

    16

    the Beatles

    Spiesznym krokiem zmierzałam w kierunku metra. Miałam mało czasu i dużo spraw do załatwienia. Od czego najlepiej zacząć? Chyba najpierw pojadę zapisać Mamę do lekarza specjalisty. Potem dwie sprawy urzędowe. Na końcu zakupy i odbiór rzeczy z pralni. Tak. Tak chyba będzie najlepiej.

    Godziny poranne. Na ulicach i w środkach komunikacji miejskiej luźno. Schodziłam po pustych schodach do metra rozmyślając o tym, że godzinę, dwie temu poruszałabym się w tłoku, razem z tłumem ludzi zmierzający do pracy. Za kilka godzin znowu się zaroi – ludzie będą wracać z pracy do domu.

    Na dworze gorąco, słońce mocno przygrzewa. Niebo bezchmurne. Poczułam przyjemny chłód korytarza prowadzącego na perony. Gdzieś niedaleko ktoś zaczął grać na gitarze. Młody głos zaśpiewał: „ Yesterday…”

    Zwabiona dźwiękami gitary, skręciłam automatycznie w boczny korytarz i dostrzegam młodego muzyka. Siedział po turecku na rozłożonej na posadzce kurtce polarowej. Oparty o ścianę grał i śpiewał silnym, czystym głosem. Półprzymknięte powieki. Zdawał się nie zwracać uwagi na otoczenie, grać dla czystej przyjemności. Obok niego przeszedł starszy pan. Przystanął, popatrzył, chwilę posłuchał. Wrzucił złotówkę do postawionego obok pudełka i odszedł. Ja też przystanęłam. Zapomniałam o pilnych sprawach do załatwienia. Akustyka korytarza sprawiła, że poczułam się przez chwilę, jak w sali koncertowej.

    Wiele lat temu, jeszcze jako nastolatka, trafiłam przypadkiem na film o Beatlesach. Była to sfabularyzowana opowieść o ich trasie koncertowej. Dużo muzyki, humoru, szybka akcja sprawiły, że wyszłam z kina „Moskwa” zakochana zarówno w muzykach, jak i ich muzyce. Zauroczenie twórczością tych czterech angielskich chłopców przetrwało lata.

    „Yesterday”? Tak – to przecież było tak niedawno. Wczoraj?

    Chłopak śpiewał kolejny utwór, a ja stałam zauroczona i słuchałam  z błogim uśmiechem na twarzy. Kiedy skończył kolejną moją ulubioną piosenkę, „Michelle”, spontanicznie zaczęłam bić brawo. Młody człowiek wstał, odstawił gitarę i ukłonił się, jak prawdziwy artysta na prawdziwym koncercie. Ja skłoniłam się jemu. I przez chwilę kiwaliśmy się w ukłonach, jak para witających się Japończyków.

    Otrzeźwił mnie czyjś śmiech. Obejrzałam się. Za moimi plecami przystanęli chłopak i dziewczyna. Obserwowana scena widocznie bardzo ich rozbawiła, bo mieli uśmiechy na twarzach. Zakłopotana spojrzałam na mojego grajka. Uśmiechnął się i on a potem powiedział: – A teraz zagram coś specjalnie dla pani. Popłynęły dźwięki mojej najbardziej ulubionej piosenki Johna Lennona „Imagine”. Skąd wiedział?

    Wysypałam cały bilon z portmonetki do stojącego na podłodze kartonika. Uśmiechnęłam się do młodego muzyka i odeszłam zabierając ze sobą urzekające dźwięki.

    Przestałam się spieszyć. Bo po co?

    Dziękuję ci młody artysto za tę chwilę odpoczynku, za ten mały azyl od codziennych kłopotów i trudności…